14.08.2011
Earth tones
10.08.2011
Konsul i Gazela*, czyli cycle chic in Wrocław
Na początku jest czysta radość. Głaszczemy czule wypolerowaną kierownicę, podziwiamy zgrabną ramę, testujemy dzwonek i sprawdzamy, jak ulubiona torebka zaprezentuje się w koszyku. Czujemy podekscytowanie i motyle w brzuchu. Rozpiera nas duma. Oto nasza pierwsza damka, przepustka do lepszego wymiaru miejskiego podróżowania. Żegnamy w myślach zatłoczone autobusy i tramwaje, wielokilometrowe korki i wszystkich sfrustrowanych kierowców, którzy mijając dotychczas nasz jadący przepisowo samochód, pukali się w czoło, krzycząc: Babo, jak jedziesz?
Żegnajcie stare czasy! Witaj nowa jakości życia oznaczająca spokojne pedałowanie w pełnym słońcu, z wiatrem w uszach i kojącym terkotaniem rowerowego łańcucha.
Potem następuje moment konsternacji. Stajemy przed szafą i natychmiast wpadamy w popłoch. No dobrze, ale z czym to połączyć? Spoglądamy ze zgrozą na zwiewne sukienki, spódniczki w wersji mini, szpilki i koturny. Co prawda nieraz inspirowałyśmy się wielkomiejskim, rowerowym szykiem prosto z Kopenhagi, ale wszystkie te ujęcia są przecież rodem z filmu science fiction. W śniegu, mrozie i na obcasach? Chyba tylko na innej planecie.
W końcu nadchodzi dzień prawdy. Nasza pierwsza podróż miejskim rowerem. Wyciągamy nieśmiało ulubione rurki bądź legginsy, łączymy z t-shirtem, na nogi zakładamy coś na płaskim. Jedzie się świetnie, wrażenia jak najbardziej pozytywne. Jesteśmy na tyle zmotywowane, że w kolejnym dniu do legginsów zakładamy już spódnicę, t-shirt zastępujemy koszulą, a bluzę żakietem. Zamiast trampek na nogi wsuwamy baletki. Nadal jedzie się wyborowo i wcale aż tak nie podwiewa, nic też nie wkręca się w szprychy. Następuje etap testów i frywolnego eksperymentowania. W rezultacie, już po kilku tygodniach, ten codziennie mijający nas na retro rumaku przystojniak, podziwia nas już w wersji bez legginsów pod sukienką i w butach na obcasach. Nie są nam straszne żadne rowerowo-outfitowe kombinacje. Elegancko, casualnie i na sportowo. Zostałyśmy pełnokrwistymi rowerzystkami, cycle chic to nasze drugie imię, a wśród zmieniających się pór roku i trendów jedynym niezmiennym akcesorium pozostaje nasza gazela lub konsul:)
3.08.2011
Dawno temu na zakupach...
Różowa spódniczka pochodzi z rozrzutnej epoki i miała być noszona jako sukienka. Przeleżała w szafie mnóstwo czasu, długo nie miałam na nią pomysłu i nagle mnie natchnęło:) Idealny okazał się naszyjnik, który swoje też musiał odczekać do pierwszej prezentacji.
A Wy jak kupujecie? Spontanicznie czy rozsądnie?
